• Wpisów: 1006
  • Średnio co: 3 dni
  • Ostatni wpis: 5 lat temu, 13:40
  • Licznik odwiedzin: 138 333 / 3714 dni
 
maryarmy
 
Był mglisty, chłodny poranek. W małym pokoju na wieży, na ogromnym łożu siedziały dwie nędzne postaci. Obie miały bladą twarz, podkrążone oczy, niewyjściowe włosy i ryje wołające o pomstę do nieba. W ich oddechu królował alkohol, a w żyłach płynęły soki miłości (jedna z kreatur miała poplamione tymi sokami spodnie, taka prawda). Krótko mówiąc, owe postaci wyglądały jak szmaty. I teraz już wszyscy wiemy, że chodzi o Milejdi i Panicza, prawda?

Milejdi i Panicz siedzieli spokojnie (bo każdy ruch potęgował uczucie rzygów w gardle) na łóżku i dzielili się przeżyciami ostatniej nocy.
- No bo kurwa, - Milejdi jak zwykle dbała o piękną mowę - w sumie było całkiem fajnie. Pałacyk na końcu świata, wiesz: las, świeże powietrze, elfy, ekologiczne wina, bdsm, strumyczek, sarenki... Cudownie wręcz. Ale rozumiesz, te ekologiczne wina z własnej uprawy to najgorsze gówno jakie może być. Moje podniebienie, przyzwyczajone do specyjałów typu Arizona czy J'abol, po prostu nie zaakceptowało tego typu alkoholu.
- Rzygałaś - pokiwał głową ze zrozumieniem Panicz.
- No raczej nie inaczej, ale potem zrobiło się już dobrze, świetna zabawa, te sprawy. A Anka, ta mała suka, zaczęła histeryzować, że musimy uciekać, bo mordy i orgie. Nie wiem, o co jej chodziło, przecież wszyscy mieliśmy maski, więc mord i tak nie było widać. Ale zamówiłam taksówkę, żeby wysłać ją do domu. Tylko, cholera, przez te wina, to Ankę zgubiłam gdzieś po drodze, a sama wsiadłam do auta. Niebywałe. Ale może to i dobrze, bo mogłam być punktualnie na spotkanie z tobą!
- Jestem gentelmanem, więc przemilczę fakt, iż trzech godzin spóźnienia nie można podpiąć pod punktualność. Mon Dieu! - Panicz złapał się za głowę. - Ma cul! - pomasował się po pupie. - A ja mogłem nie jechać do Zielonej Góry. Na co mi to było? Tylko mnie derrière boli... Od siedzenia w pociągu oczywiście. Mogłem nie jechać.
- Nie oszukujmy się - uśmiechnęła się Milejdi i poszła szukać papieru w krowie łaty - i tak byś pojechał.
- To prawda - przyznał Panicz.

Nagle do apartamentu wpadła SB z rozwianym kruczoczarnym włosem. Zaczęła buszować po garach i narzekać na wczorajszy obiad.
- Paniczu, przygotuj proszę śniadanie. Kukurydza leży pod oknem. Ja mam ochotę poklęczeć i pomedytować przed muszlą.
Panicz wyciągnął z worka martwą kurę. SB oburzyła się.
- Nie będę jadła tego świństwa! Już wczoraj robiliście obiad i był ohydny!
Panicz uśmiechnął się pod wąsem. "Ależ zjesz, moja droga, zjesz..." pomyślał złowieszczo.

Nagle rozległ się dziwny dźwięk.
- To domofon, dzwonek, czy ktoś puka do drzwi? - zabulgotała Milejdi, doskonała gospodyni.
- To Niemcy! - krzyknęła SB - I dobrze, nie będzie kury na obiad!
- Nie, to pewnie żaba - odrzekła Dama Porcelanowa oglądając sesję zdjęciową zielonego potwora.
- A moim zdaniem ten kurczak jest nieświeży i źle obskubany - wyraził swój niesmak Panicz.

Dzwonek zaterkotał raz jeszcze.
- Mince! - wściekła Milejdi wynurzyła głowę z morskiej toni - trzeba otworzyć i zabić nieproszonego gościa.


Mary zerwała się z łóżka i próbowała określić położenie drzwi wejściowych względem własnej pupy. Gdy jej się to udało, zeszła na dół i otworzyła drzwi.
- Dzieńdobry, jesttakaakcja, bomy zbieramynachoredzieci i...
- Ja pierdolę - westchnęła Mary i poszła szukać drobnych. Uhm, drobnych jak chuj, kartka kosztowała całą dychę. Barbarzyństwo, żeby dla marnej dychy budzić ludzi skoroświtem.

Nie możesz dodać komentarza.

  Wyświetlanie: od najstarszego | od najnowszego