• Wpisów: 1006
  • Średnio co: 3 dni
  • Ostatni wpis: 5 lat temu, 13:40
  • Licznik odwiedzin: 136 504 / 3592 dni
 
maryarmy
 
Czekając, aż woda na herbatę się zagotuje, pomyślałam, że wyprasuję spódnicę. Mogłabym to zrobić rano, ale teraz zajmie mi to tyle, co zaparzanie herbaty, a rano, jak wiadomo, minuta ma tylko trzydzieści sekund, a godzina dwadzieścia minut. Więc miałam szansę oszukać przeznaczenie i zabawić się w perfekcyjną damę. Wyprasować spódnicę wieczorem, to jest dopiero coś, nie żadne tam odznaki i dyplomy.

Zalałam herbatę, włączyłam żelazko, poszłam po spódnicę. Wróciłam, żelazko było już cieplutkie, więc zaczęłam prasować. Z chwilą, gdy błyszcząca powierzchnia żelazka dotknęła materiału, wykrzyknęłam „kurwa mać”, albowiem żelazko przylgnęło do podszewki zbyt ochoczo, w efekcie siejąc spustoszenie, czyli wypalając pierdoloną dziurę w mojej stalowoszarej spódnicy, w której granie zorganizowanej, kulturalnej, ogarniętej życiowo i uczuciowo, pewnej siebie oraz urody swych krągłych pośladków kobiety, było bajecznie proste. A tu chuj, a raczej dziura.
Nie namyślając się długo, poszłam po nożyczki i wycięłam na podszewce piękne wejście do igloo. Może to być metaforą mojej oziębłej natury lodowej księżniczki, która jednakże pozostawia wielbicielom cień szansy, że kiedyś wejdą. Najwyżej któryś pomyśli, że jestem popierdolona i lubię od czasu do czasu pobawić się w Nożycoręką Szwaczkę.

I wszystko byłoby już w porządku, gdyby nie przyszedł Ten Z Portfelem i nie zaczął narzekać, że jestem sierotą, bo jak on sobie rano wyprasuje koszulę. Odparłam, że sam jest sobie winien, bo gdyby sam prasował koszule wieczorem i nauczył mnie poczucia obowiązku, to nie strzeliłby mi do głowy pomysł prasowania wieczorem, podczas gdy zawsze robię to rano i wszystko jest w porządku, bo woda z mokrych włosów kapie na ubrania i lepiej się prasuje. Ale nie, on musiał dać mi zły przykład, bo przecież by nie przeżył.

Wściekła jak sto diabłów odłączyłam żelazko i czekałam aż przestygnie. Wówczas znaleźli się świetni doradcy, który włączyli żelazko i pocierając o białą kartkę, rozmazali pieprzoną, lepką plamę. No szlag mnie jasny trafił. Za fraki więc ich i łubudu ze schodów. Wyłączyłam żelazko, pomalowałam paznokcie, wzięłam pastę do zębów i szmatkę, przetarłam żelazko, poszłam zmyć rozmazany lakier, namoczyłam szmatkę, by zetrzeć zaschniętą pastę, znów nałożyłam pastę, roztarłam. Wkurzyłam się, wsadziłam żelazko pod kran, ciemna breja zastygła, więc zdarłam ją niczym skórę po opalaniu się i wypolerowałam to cholerne urządzenie na błysk.

Wówczas zorientowałam się, że ta cała zabawa zabrała mi tyle czasu, że obiecana „godzinka nauki” oraz „położę się dziś wcześniej spać” powędrowały prosto do psiej dupy. Nie wspominając o pożalsięboże paznokciach oraz wymiętej spódnicy. Ale najgorsze jest to, że wystygła mi herbata, a zimna herbata ma ohydny gorzki posmak. Patrzcie jak Mary pije gorzką herbatę. Boże, jaki żal.

Nie możesz dodać komentarza.

  Wyświetlanie: od najstarszego | od najnowszego