Już od jakiegoś czasu było z nim nie najlepiej. Oczywiście oboje udawaliśmy, że wszystko jest w porządku: szmery w serduszku, zmęczenie przy najmniejszym wysiłku, częste drzemki, blade, wycieńczone oblicze. Pozwalałam mu spać całymi dniami, chodziłam na paluszkach, nie przemęczałam. Nie wymykało mi się już żadne brzydkie słowo w jego kierunku, przestałam go krytykować. Męskie członki pod jego adresem zamieniłam na małe zwierzątka, nie wymknął mi się z ust żaden kutas, były tylko kotki i myszki. Widziałam, że się stara, że walczy z całych sił. Nie potrafiłam powstrzymać łez, gdy przekonywałam go, że wszystko będzie dobrze, że to tylko chwilowa niedyspozycja, że za kilka dni będziemy się śmiać i szmerać z tego, pijąc kawę z ciastkowymi glutami.
Niestety, jego koniec zbliżał się nieubłagalnie. Każdego ranka z niepokojem nasłuchiwałam odgłosów życia, patrzyłam na gasnące światełko.
Kochałam go od pierwszego spotkania. Moje siedemnaste urodziny, wiśniowa galaretka, jego oszałamiający zapach, nić porozumienia. Pierwsze chwile razem, na parapecie, biurku, łóżku, wschody słońca, poranne kawusie, twarożek. Wszystko, co niemoralne, głośne, naganne. Było pięknie, było nam razem cudownie.
Ale pewnego dnia nie przywitał się ze mną. Ze łzami w oczach przekonywałam siebie, że to pewnie chwilowy foch, że zaraz zakrzyknie do mnie radośnie, aż mi bębenki popękają. Nic takiego się nie stało. Dotknęłam go, był przeraźliwie zimny, aż zaczęłam się trząść.
Odszedł ode mnie. Zabrał moją duszę, wszystkie wspomnienia i całe szczęście. Umarłam wtedy razem z nim, w ten słoneczny poranek, o godzinie dziewiątej zero sześć, świat przestał istnieć.
Pan z serwisu powiedział, że spierdoliła się grafika i naprawa będzie kosztować cztery stówy, ale nie ma gwarancji, że znów się coś nie zjebie, bo to już dość stary model i trudno znaleźć części.
-
smallninja:
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›