Spałam sobie w najlepsze, gdy nagle jakiś kutas zadzwonił do drzwi (każdy normalny człowiek wie, że dzwonki zazwyczaj są tak donośne, że naprawdę wystarczy je nacisnąć raz, a nie od razu pięćdziesiąt, żeby domownikowi wysiadło serce).
"- Pierdolę, nie otwieram - pomyślałam sobie - budzik nie dzwonił, więc nie ma mnie dla świata". Wtuliłam się w Morfeusza, ale natarczywe pukanie wyrwało mnie z jego objęć. "Dobra, kurwa, jeszcze raz zadzwoni, a pójdę otworzyć" - zarzekałam się.
Ding-dong ding-dong ding-dong!
“Jeszcze raz i naprawdę pójdę!”
Puk puk puk puk!
Usiadłam na łóżku i usiłowałam przypomnieć sobie, po co to robię.
Wyszła pani Monika, pomruczeli pod nosem, z czego zrozumiałam tylko "spróbować jeszcze tutaj".
Ding-dong ding-dong ding-dong!
Zerwałam się, założyłam co było pod ręką, czyli bokserki i koszulę w kratę, chwyciłam za klamkę... zamknięte! No tak, KKK zamknął je od zewnątrz. Gorączkowe poszukiwanie moich kluczy, później nerwowe próby dopasowania któregoś z nich i pomruki "już już". Oczywiście klucz się zaciął, więc mam pozdzieraną skórę na palcach. Ale otworzyłam! Jest! W końcu! Wyszłam! Co prawda z obrazem po bitwie na głowie i lubieżnym ryjem (przez noc puchną mi wargi i przy okazji się ślinię, tak że tego...), ale wyszłam.
- Przyjmie pani kolędę?
- No chyba nie, dziękuję.
Koniec opowieści.
-
Panna Migotka:
-
Zepsuty do szpiku kości:
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›